06 marca 2014 07:45 / 15 osobom podoba się ten post
Piszę piszę :)
Trochę to potrwa, bo to dopiero 1sza część historii, a mam ograniczona ilość czasu, ale spoko wodza, dojdziemy kiedyś do epilogu :) jak przyjdzie mi do opisywania kolejnych pacjentów, to się dopiero rozpiszę... Ale nie uprzedzajmy faktów :)
Przyszedł pierwszy wieczór, babcia dziwnie nieskopojna, no ale to normalne, przy zmianie opiekunki, co z tego, że chora, starsza i z demencją, przecież czuje, to żywy człowiek, naturalne, że nawet fizycznie moze reagować. Piekło zaczęło się, kiedy przyszło do transferu z wózka na łóżko, bo jak sie okazało, pacjentka była zupełnie wiotka; nie oczekiwałam, że będzie samodzielnie stać, ale Łapok mówił o CZĘŚCIOWYM transferze, tymczasem babcia leciała przez ręce. Opiekunka, którą zmieniałam, jak wspomniałam, pokazała mi raz, czy dwa razy, jak powinnam przenosić babcię; że najlepiej do tej czynnosci opuścić łóżko, a pacjentka jest lekka i kruchutka, więc "nie powinno być problemu".
Ale problem był. Tamta pani była ode mnie wyższa i miała wykształcenie pielęgniarskie. Ja miałam na koncie dwóch chodzących pacjentów. A babcia nie umiała nawet podeprzeć się rękami, była bezwładna niczym, z przeproszeniem, worek kartofli. I moje zabiegi mające na celu przeniesienie jej z toalety bądź wózga na łóżko przypominały właśnie przerzucanie takiego worka, z tą różnica, że worki na ogół nie krzyczą z bólu i nie wzywają imienia Boga.
Ostatecznie, kiedy operacja zakończyła się częściowym sukcesem (babcia leży), pacjentka zaczyna jęzczeć, że ona musi do toalety... Myslałam, że się popłaczę razem z nia, przecież nie chciałam jej sprawiać bólu, sama tez byłam wyczerpana fizycznie, bo taki "transfer" w moim wykonaniu trwał dobre 3 kwadranse. Lecz cóż... Od nowa...
Okazało się w ogóle, że Łapok skłamał również odnosnie Pflegedienst; przez cały okres mojego pobytu w tamtym miejscu (równo tydzień) do babci nie zajrzał nikt poza łysym przyjemniaczkiem i jego wyfiokowaną małżonką, na moje pytanie o Caritas poprzednia opiekunka otworzyła oczy ze zdumienia: "Nie ma i nigdy nie było". Do babci nie przychodził żaden wykwakifikowany personel medyczny, nie było takze lekarza, miałam tylko jedne "konsultacje" telefoniczne, podczas których zdałam relację z pogorszającego się stanu zdrowia pacjentki, ale lekarka nie wydawała się specjalnie wzruszona. Ot, zaleciła pić koktajle i brać leki. To wszystko.
Wróćmy jednak do pierwszego wieczora. Ta noc nie była najgorsza, zmęczona, ulokowawszy babunię ostatecznie w łóżku, sama też udałam się na zasłużony odpoczynek. Babcia cokolwiek w nocy pojekiwała, miałam jednak przykazane nie reagować jakoś spoecjalnie, zwłaszcza, że dwukrotnie zajrzawszy do niej, widziałam, że śpi. No spoko. Bałam się troche porannej toalety, ale wstałam w nieco lepszym humorze, mysląc znów optymistycznie, że te 3 tygodnie jakoś przetrwam.
cdn.